I Promised Once w warszawskim klubie Voodoo

relacja - 13.07.2016 02:01

"To najlepszy koncert, jaki dotychczas zagraliśmy."

Na warszawski koncert I Promised Once, zagrany w ramach trasy promującej wydany w kwietniu minialbum DUST TO DUST, nie przyszło zbyt dużo osób, może nawet mniej niż czterdzieści. Innych być może nie przekonały teledyski zespołu dostępne w Internecie czy opinia Hidekiego ze SIAM SHADE, że to najbardziej obiecująca grupa w Japonii ostatnimi czasy i przepowiedział im świetlaną przyszłość. A może niektórym w przyjściu przeszkodziły brak czasu czy fakt, że formacja ta powstała zaledwie około dwa lata temu i nie zdążyła jeszcze zbyt wiele dokonać? Powody można by mnożyć, ale w tym momencie ważniejsza jest odpowiedź na pytanie: czy nieobecni powinni tego żałować?

Zespół, który pojawił się na scenie z niewielkim opóźnieniem, zdawał się zupełnie nie przejmować niedostatkiem słuchaczy. Muzycy pewnym krokiem wyszli zza kulis i od razu zanurkowali w rozpoczynającą się z pazurem Under the influence, pochodzącą z nowej EP-ki. Zdawali się wprost rozsadzać niewielką scenę klubu Voodoo: nie dość, że było ich aż sześciu, to jeszcze wysoki Flo niemal sięgał głową sufitu. Co prawda perkusista Hiro (z racji pełnionej funkcji) oraz gitarzyści Nils i Kunio zachowywali się dosyć statycznie, ale z nawiązką nadrabiali to pozostali. Basisty Joe’ego było wszędzie pełno, wokalista i klawiszowiec Flo podczas większości śpiewanych przez siebie fragmentów wyskakiwał zza pulpitu i podbiegał na przód, a drugiemu wokaliście i frontmanowi George’owi najwyraźniej brakowało wybiegających w widownię podestów.

Publiczność od razu poddała się chwytliwym refrenom oraz wyraźnemu rytmowi otwierającego utworu i pozostało tak już do końca. Być może spory udział miała w tym wyraźnie rzucająca się w oczy ogromna radość, jaką członkowie zespołu czerpali z grania. Wszyscy doskonale bawili się na scenie; zdawało się, że sprawia im to po prostu olbrzymią przyjemność - nie ma więc znaczenia, czy widownia liczy 10, 50 czy tysiąc osób, byleby tylko były one całymi sobą zaangażowane w muzykę. Odzwierciedlało się to w żywiołowych, niewymuszonych interakcjach z publicznością, na przykład gdy wokaliści podchodzili do brzegu sceny, śpiewając niemal do konkretnych osób lub podsuwając im mikrofony, by mogły wykonać jakiś fragment. Czy chociażby w przerwie po utworze Memories of our days, kiedy to stery objął Flo. Kunio oraz Joe zeskoczyli ze sceny i rozdawali zgromadzonym świecące pałeczki, by mieli czym machać podczas dyskotekowego przerywnika.

Setlista była przewidywalna - cóż bowiem może zagrać zespół, który ma na koncie dwa minialbumy, w tym jeden wydany całkiem niedawno? Niemniej znajomość piosenek bardzo się przydała, gdyż klubowy nagłośnieniowiec najwyraźniej uważał, że w przypadku tego typu muzyki im głośniej i hałaśliwiej, tym lepiej. Zgromadzoną publiczność już na początku uderzyła ściana dźwięku, w której czasem trudno było usłyszeć wokale. Nie przeszkodziło to jednak zupełnie w cieszeniu się muzyką, w tym takimi momentami, jak nabrzmiały emocjami wokalny wstęp do Far Away, melodyjne oraz taneczne wstawki w They hate us cause they ain’t us czy wręcz nie pozwalające stać w miejscu, naładowane energią partie Spring Breakers.

Po zagraniu ostatnich dźwięków kończącego główną część występu End Piece zespół opuścił scenę, machając na pożegnanie publiczności, która natychmiast wybuchła prośbami o bis. Muzycy nie dali długo na siebie czekać i wrócili po chwili, jaką zajęło im przebranie się w koszulki z trasy. Jako pierwszy pojawił się Hiro, by zagrać krótką perkusyjną solówkę. Następnie swoje pięć minut miała sekcja rytmiczna, po czym zespół stawił się na scenie w komplecie. Przed zagraniem pierwszej piosenki George pochwalił się znajomością polskiego, pytając zebranych "Jak się bawicie?”, a także z widoczną przyjemnością wypowiadając kilkakrotnie najpopularniejsze polskie przekleństwo. Poświęcił też chwilę na nauczenie polskich fanów japońskiego słowa oznaczającego dziękuję, w ramach przybliżania japońskiej kultury, po czym zapowiedział piosenkę, którą „na pewno wszyscy znają” - Let me go.

I rzeczywiście - sądząc po reakcji publiczności, to był ten utwór, na który cały wieczór czekała. Raz jeszcze spełniła życzenie frontmana, dając z siebie więcej niż 100% energii. Szalała, tańcząc, skacząc, śpiewając do wtóru refreny. Nic dziwnego zatem, że George, zapowiadając ostatni tego wieczoru kawałek, powiedział: „To najlepszy koncert, jaki dotychczas zagraliśmy. Jesteście fantastyczni. Ja tu widzę tysiąc osób, słyszę tysiąc osób”. „Powinniśmy tu wrócić w przyszłym tygodniu, prawda?”, żartował, zwracając się do kolegów. Broken Dreams, wydany w sierpniu 2014 roku debiutancki singiel, raz jeszcze przyniósł ze sobą szaleństwo, które ogarnęło nie tylko słuchaczy, ale i zespół. George zeskoczył ze sceny w publiczność i zaczął skakać, zachęcając wszystkich do jeszcze większego wysiłku. Reszta muzyków zgromadziła się przy brzegu sceny, zamieniając się miejscami, grając zapamiętale i przybijając fanom piątki.

Koncert skończył się dosyć szybko - set trwał nieco ponad godzinę, więc na dworze nawet nie zdążyło się ściemnić. Nie oznaczało to jednak końca wieczoru, jako że na amatorów tego rodzaju pamiątek (czyli w praktyce niemal wszystkich) czekała jeszcze możliwość zdobycia autografu podczas spotkania, które rozpoczęło się kilkadziesiąt minut później. Muzycy weszli na salę w pierwszej chwili nie zauważeni przez rozgadanych fanów, z pewną trudnością mieszcząc się w szóstkę na jednej kanapie. Samo spotkanie przebiegło w bardzo luźnej atmosferze, wśród śmiechów, żartów i przyjacielskich pogaduszek oraz wymianie wrażeń, a nawet okazjonalnych toastów.

Podsumowując, mimo że I Promised Once jest bardzo młodym zespołem, to świetnie radzi sobie na scenie. Jego członkom granie sprawia widoczną przyjemność, bez problemów nawiązują też kontakt z publicznością i potrafią porwać nawet takich jak ja, którym nie do końca odpowiada ich muzyka. Więc jeżeli grupa spełni obietnicę o powrocie do Polski w przyszłym roku, którą tego wieczoru publiczność usłyszała wiele razy, i jeśli tylko będziecie mieli ochotę wybrać się na jakiś dobry koncert, to wiecie, co robić.


Setlista:

01. Under the influence
-MC-
02. The Walker Part 1 : Realization
03. Spring Breakers
-MC-
04. They hate us cause they ain’t us
05. Far Away
06. Last Dance
07. Memories of our days
-DJ-
08. The Walker Part 0 : Genesis
09. End Piece

Encore:
-MC-
10. Let me go
-MC-
11. Broken Dreams
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
powiązane koncerty i wydarzenia
I Promised Once 14/06

I Promised Once
Warsaw - Poland
VooDoo Club
komentarze
blog comments powered by Disqus
powiązana galeria
reklamy