Toquiwa - TOQUIWA

recenzja - 30.11.2017 01:01

Przygotuj się na inwazję hitów na “debiucie” trójki rockowych dziewcząt z Tokio.

Grające "japoński dziewczęcy rock" trio Toquiwa, pochodzące z Shibuyi, może wydawać się zespołem z krótką historia, gdyż pojawiło się stosunkowo niedawno. Jednakże w różnych przebraniach działa od 1998 roku: na początku jako MINAMI BAND, potem jako Pinky Piglets na oficjalnym debiucie w 2006 roku, a w najnowszej odsłonie jako Toquiwa od 2012 roku, gdy dziewczyny same zajęły się managementem. Po zobaczeniu ich w akcji w Japonii, frontman brytyjskiego indiesowego zespołu, The Wedding Present, David Gedge, wiedział, że musi mieć je w swojej wytwórni Scopitones. Toquiwa ma zaszczyt być pierwszą grupą niezwiązana z The Wedding Present, która podpisała kontrakt z wytwórnią i pod jej opieką wydała 22 października debiutancki album.

Przy 11 utworach i długości poniżej 40 minut jest to krótki, ale mocny album, typowy dla punku. Ta kolekcja jest wystarczająco zróżnicowana, by być interesująca od początku do końca. I co to jest za początek - Tokyo Merry-Go Round jest popisem gitarzystki Mikko, od głośnego otwierającego riffu do równie głosnego, nagłego finału. Prosty, powtarzany refren jest tak chwytliwy, że większość będzie miała trudności, by pozbyć się go z głowy. To ładnie prowadzi do krótkiego, ale wspaniałego Roll The Dice. Przy trochę ponad dwóch minutach kawałek ten opuszcza słuchacza nieco zbyt szybko, ale zdąży włożyć do mózgu więcej słodkich, trójstronnych harmonii i kolejnego zaraźliwego refrenu.

Wokalistka Asuja ma słodki, młodzieńczy głos, dobrze nadający się do dzikiego poppunku. Nadal udowadnia, że jest w stanie dokopać słowami "goodbye my bad boy, I say go to hell" w zjadliwym, idealnym do headbangingu To The Right, To The Left. Co więcej, wydaje się być urodzona, by wykonywać takie kawałki, jak punkowy hit grupy Give Me A Chocolate!, prawdopodobnie najbardziej chwytliwy i uroczy utwór. Jej radosne tony w połączeniu z grą Mikko i perkusistki Seixo tworzą wspaniałą chemię, wyraźną w każdym dźwięku.

Na tym albumie nie jest tylko punk. Jest tu także zaraźliwie rytmiczny funk rock w U.S.O. i niezwykle zabawnej Japanese Girl; obie zawierają własną wersję rapu grupy. Znajduje się tu także odrobinę syntezatorowy pop w Listen i ciężki poprock w wolnym The Rain Song oraz oldschoolowe rytmy w 1999. Podczas gdy zespół udowadniaj, że radzi sobie w każdym gatunku, najlepiej udają mu się bardziej energiczne, żywe kawałki.

Album kończy się ukłonem w stronę zespołu, z którym Toquiwa dzieli nową wytwórnię nagraniową. Cover hitu The Wedding Present z 1989 roku, Kennedy, jest szybszą, bardziej punkową wersją, oferującą nostalgiczną podróż. Dziarski, wysoki wokal Asuji nadaje mu słodkiego, popowego charakteru, będącego w ostrym kontraście do gardłowego wykonania Gedge’a w oryginale. A przez dodanie uroczego "sayonara, arigatou, apple pie" i rozchichotanej końcówki grupa czyni ten utwór naprawdę własnym.

Debiut w nowej wytwórni jest zabawny, świeży i bardzo wciągający. Pozbycie się managementu i samodzielne zajęcie się swoimi sprawami, wydaje się przynosić grupie korzyści, a współpraca z The Wedding Present wzmocniła jej (już mocno ugruntowaną) obecność na Zachodzie. "Toquiwa" oznacza "wiecznie zielony" i, sądząc po przeszłych i obecnych sukcesach, przyszłość zespołu wydaje się wyglądać optymistycznie.
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy