ASAGI - MADARA

recenzja - 29.04.2018 02:28

Pierwszy solowy album ASAGIego wprowadza posmak tradycji do znajomego brzmienia D.

W 2006 roku wokalista ASAGI z visualowego zespołu D z wielkimi fanfarami wydał solowy singiel i zapach, Corvinus. Krążyły plotki o całej solowej karierze oraz nadchodzącym solowym albumie. Fani kipieli entuzjazmem i cierpliwie czekali. I czekali. I czekali jeszcze trochę na coś, co nigdy nie nadeszło. D pozostało aktywne jak zawsze, ale pomysł solowej kariery ASAGIego wydawał się zostać porzucony. Aż w końcu w 2016 roku wokalista wydał trzy single: Seventh Sense, Shikabane no Ouja i ANPSI. Powrócił do akcji i 31 stycznia następnego roku w końcu ukazał się długo wyczekiwany solowy album. MADARA jest swego rodzaju punktem kulminacyjnym, mogąc pochwalić się gościnnymi występami wielu muzyków, jak Shinya z DIR EN GREYa czy SUGIZO z LUNA SEA, oraz ambitną kampanią reklamową. Jest jasne, że ASAGI zdaje sobie sprawę, jak długo czekali fani, ale było warto, choć nie w takim stopniu, jak wyobrażali sobie niektórzy.

W pełni tradycyjny, bez żadnych współczesnych elementów, Ametsuchi Iki Kuru Kofune w krótkiej chwili ustanawia atmosferę i daje słuchaczowi do zrozumienia, że powinien spodziewać się bardzo, bardzo japońskiego albumu. Gekkai no Miko naprawdę zaczyna płytę i spełnia wszystkie obietnice składane przez intro. Utwór wydaje się być wersją D do gagaku, z pełnym rozmachu koto i tradycyjnymi instrumentami perkusyjnymi, łączącymi się w doskonałej harmonii ze współczesnym metalowym brzmieniem. W przeciwieństwie do większości prób takiego mariażu, tutaj tradycyjne instrumentarium jest zasadniczą częścią kompozycji, tworząc prawdziwy związek starego z nowym. Jest to niesamowicie mocny pierwszy utwór, brzmiący, jakby ASAGI urodził się, by śpiewać, a jego słynne, głębokie wokale są w szczytowej formie.

Kashikoki Umi e Kaeryanse utrzymuje moc albumu dzięki marzycielskiemu, wolniejszemu podejściu do dynamiki Wschodu spotykającego Zachód. ASAGI świetnie sobie radzi zarówno w ostrzejszych, jak i delikatniejszych piosenkach, a jego bardziej tradycyjny japoński wokal stanowi czarujący kontrast do perfekcyjnej partii skrzypiec. Choć generalnie brzmiąca bardziej zachodnio, piosenka łączy elementy z obu stron Pacyfiku ze wspaniałymi umiejętnościami.

Hanagumo no Ran przyjmuje bardziej agresywne podejście i przynosi dziką, żywą energię, nie stroniąc od dramatu. Podobnie następny kawałek, Onuzakura, zawiera szaloną interakcję wokali i instrumentów, a jest najlepsza, gdy jest najbardziej maniakalna. ASAGI ma okazję pokazać swoje umiejętności zarówno z tej cięższej, jak i łagodniejszej strony, utrzymując zaangażowanie słuchacza dzięki nagłym zmianom tempa. Kolejna jest Keika, piosenka łącząca wschodnie i zachodnie instrumenty akustyczne nad mocną elektryczną bazą, tworząc coś w stylu inspirowanego japońskością symfonicznego metalu.

Ooyama Inu Dake ~Tsukuyo ni Hoeyu~ przychodzi następne, w całym swym asertywnym splendorze, ale zachowując raczej pełen nadziei niż ponury nastrój. Charakterystyczny falset ASAGIego w końcu może zaistnieć w mrocznym, powolnym Fuyutsubaki ~Shirotae no Kenin~. Szybsza ballada pozwala zabłysnąć japońskim instrumentom w innym świetle niż w poprzednich utworach, i nie trzeba dodawać, że wokalista z niewielkim wysiłkiem wykonuje tę technicznie trudną piosenkę. Krótszy kawałek, Hakumenkonmou Kyuubi no Kitsune Hidama, przywraca nastrój bujającym dźwiękiem i momentami radośnie żartobliwym śpiewem.

Dziesiąty utwór, Kimera, charakteryzuje się wyraźnie złowieszczym tonem, gdy ASAGI prowadzi chór pomruków i warknięć charyzmatycznym I poruszającym głosem. Kumo no Kayohiji to utrzymany w średnim tempie hardrockowy kawałek, wciągający dzięki równoważeniu melancholijnych i pełnych nadziei nastrojów w różnych partach piosenki.

Standardowa edycja zawiera Youtou Gyokuto jako dwunasty utwór i zagorzali fani ASAGIego mogą liczyć na rarytas – nie jest to typowa “piosenka” według współczesnych standardów, jest to pokaz umiejętności wokalnych artysty w stylu śpiewania tsuyogin, charakterystycznego dla teatru no. I to również jest wykonane wspaniale.

Album powraca do współczesnej muzyki na Mononoke Soushi i jej niemal złowrogo brzmiące riffy punktowane są przez skrzeczące shakuhachi. Refren łagodzi ton, ale kawałek nigdy nie traci pary i zawiera nawet zaskakującą, choć dobrze wkomponowaną rapowaną sekcję. Ostatni utwór, ASAGIMADARA, zupełnie rezygnuje z japońskich instrumentów, ale pasuje bardzo dobrze. Będąc balladą w zachodnim stylu zapewnia raczej, że album kończy się na wysokiej nucie, gdyż ASAGI po raz ostatni może popisać się swoim niesamowitym głosem.

Jak na album powstający przez jedenaście lat, MADARA z pewnością zadowoli fanów. Jednak niektórzy mogą być nieco rozczarowani – wiele piosenek, jak Kimera, brzmi jak próba podejścia przez D do japońsko-tematycznego albumu niż raczej poboczny project z udziałem wokalisty tego zespołu i licznych gości. Gdyby to był album D, byłby to wspaniały dodatek do dyskografii grupy. D próbowało już wcześniej połączenia tradycyjnej japońskości z metalem, ale nigdy tak sprawnie. ASAGIemu udało się połączyć dwa odmienne podejścia do muzyki i skleić to razem wokalnie, z niezmiernym sukcesem. Można nawet powiedzieć, że jest to japońska wersja rock opery, swego rodzaju “rockowy spektakl no”. Corvinus w 2006 roku podniósł poprzeczkę wysoko, ale jedenaście lat później MADARA z każdą piosenką podnosi ją jeszcze wyżej.


Poniżej można obejrzeć zapowiedź MADARA i teledysk do Gekkai no Miko:





Przeczytaj nasz niedawny wywiad z ASAGIm na: http://jame-world.com/pl/articles-128779-wywiad-z-asagim.html
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • Chaotic Harmony