LUNA SEA - LUNA SEA

recenzja - 22.09.2018 02:48

Tym krótkim materiałem zespół prezentuje spore spektrum swoich możliwości i konkretny pomysł na brzmienie.

LUNA SEA to obecnie potężna marka. Mimo kilkuletniej przerwy grupa nie ma problemu z wyprzedaniem kolejnych koncertów. Na jej sukces składa się wiele rzeczy, ale niezaprzeczalnie najważniejszą z nich jest prezentowana przezeń muzyka. Aż trudno uwierzyć, że już ponad dwadzieścia lat minęło od premiery pierwszego albumu zatytułowanego – niezwykle odkrywczo – LUNA SEA.

Końcówka lat 80. i początek 90. to okres, kiedy kolejne uzdolnione zespoły rodziły się jak grzyby po deszczu. Jedne kapele przetrwały, drugie znikły ze sceny, a jeszcze inne stały się formacjami sesyjnymi. LUNA SEA miało poniekąd sporo szczęścia i łatwy początek. Jak bowiem inaczej nazwać dołączenie do legendarnego Extasy Records, prowadzonego przez YOSHIKIego? SUGIZO i spółka zdążyli się zresztą przez lata zaprzyjaźnić z ekipą X JAPAN, dając wspólnie niejeden występ.

Co by jednak nie napisać na temat wyżej wspomnianej komitywy, jedna rzecz nie ulega wątpliwości – LUNA SEA od samego początku prezentowała oryginalną mieszankę rocka z kilkoma pokrewnymi gatunkami. Mieszankę – wypada dodać - nad wyraz udaną i zapadającą w pamięć. Nieobce były chłopakom wpływy gotyku czy punkrocka. W odróżnieniu jednak od X JAPAN, LUNA SEA przedstawiała swoją twórczością nieco bardziej subtelny odcień muzyki gitarowej, choć ciągle nie pozbawiony mocy.

Premierowy długograj stanowi zbiór dziesięciu świetnych kompozycji, gdzie już początek uderza słuchacza energią. Fate to wyśmienite intro z mocną i szybką linią perkusji. W ucho wpada też charakterystyczna gitara SUGIZO, która nie zmienia swojego brzmienia nawet po dwóch dekadach. Dalej zespół zwalnia nieco tempo w Time is Dead, stawiając na mocną linię basową i chwytliwą melodię z unikalną dla LUNA SEA przestrzenią dźwiękową.

W Sandy Time słuchacz może zakosztować wspomnianych gotyckich wpływów z dodatkiem skrzypiec w wykonaniu SUGIZO. Całość przynosi ujmującą, ulotną atmosferę i po raz kolejny przestrzeń, gdzie każdy instrument ma swoje miejsce. Następnym utworem zapadającym w pamięć jest Blue Transparency obecne na koncertowych setlistach do dziś. Szybki numer z chwytliwym refrenem, gdzie dominuje perkusja i pulsujący bas Ja.

Chłopaki nie omieszkali zaczerpnąć również ze swoich korzeni, gdzie komponowali muzykę z pogranicza rocka i metalu. Najwyraźniejsze ślady cięższego grania dostajemy w Chess, w którym gitary piszczą, a Shinya katuje swój sprzęt mocarnymi uderzeniami, zaś RYUICHI śpiewa najwścieklej jak potrafi. Fanom bardziej posępnego grania z pewnością przypadnie do gustu The Slain, gdzie zespół stawia na powolne budowanie napięcia za pomocą niepokojących dźwięków i obłąkanych krzyków frontmana. Po raz kolejny przychodzi nam docenić niesamowitą dźwiękową przestrzeń, w której znaczenie ma każdy najdrobniejszy nawet szczegół.

Materiał kończy się kolejnym koncertowym szlagierem. Precious... to jedna z najbardziej rozpoznawalnych kompozycji zespołu, która powala pozytywną energią i świetnymi partiami gitar, gdzie najwyraźniej przebija się tym razem Inoran. W połowie utworu do RYUICHIego dołącza wokalnie reszta chłopaków, tworząc niemalże koncertowy hymn.

Tym krótkim materiałem zespół prezentuje spore spektrum swoich możliwości i konkretny pomysł na brzmienie, który z kolejnymi latami będzie już tylko doskonalony. LUNA SEA to nie dzieło perfekcyjne, stanowiące natomiast obiecujący zalążek wspaniałej kariery. Z perspektywy czasu trzeba też powiedzieć, że wypracowane w 1991 roku brzmienie niestety okropnie się zestarzało. Duża tu z pewnością wina sprzętu, na jakim panowie wówczas nagrywali, i niewystarczających funduszy na końcowe podkręcenie dzieła. Dlatego nie dziwi fakt, że po latach ów album został ponownie nagrany i zyskał wreszcie należyty szlif, oraz organiczne uderzenie tak silnie kontrastujące z płaskim dźwiękiem oryginalnego wydawnictwa.

W odróżnieniu od większości japońskich zespołów tamtego okresu, LUNA SEA nie czerpała tak silnie z europejskich i amerykańskich formacji hardrockowych czy metalowych. Dzięki tej dźwiękowej odrębności osiągnęła wkrótce sporą popularność i stała się rozpoznawalna w całej Azji. Tłuste lata miały dopiero nadejść, ale już swoim debiutem grupa udowodniła, iż warta jest uwagi. Nie bez znaczenia jest fakt, że w skład grupy wchodzą niezwykle utalentowani muzycy, którzy później poza macierzystą formacją również osiągali spory sukces. Łącząc zaś swoje umiejętności pod szyldem LUNA SEA stworzyli coś na tyle wyjątkowego, że w zasadzie nie można wskazać choćby podobnego do nich zespołu.

Pierwotne wydanie LUNA SEA, jak już wspomniałem, jest tragicznie nagrane i stanowi zaledwie ciekawostkę dla fanów. Jeśli dotychczas nie miałeś z nim styczności, warto sięgnąć po wersję odświeżoną, bo ta z 1991 roku zwyczajnie cię odstraszy, a kochać ją można jedynie z sentymentu. Sam materiał brzmi przy tym niezwykle aktualnie i ani trochę się nie zestarzał. Zespół wraca zresztą do niego systematycznie na kolejnych koncertach.
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • euroWH
  • Chaotic Harmony
  • SYNC NETWORK JAPAN