coldrain – The Enemy Inside

recenzja - 04.09.2018 02:52

Wróg wewnątrz.

Wpisujący się wcześniej w post-hardcore coldrain na drugim albumie odszedł od pierwotnego brzmienia, nie będąc jednak gorszym. Wprost przeciwnie – teksty stały się bardziej przemyślane, a brzmienie czystsze. Dzięki temu muzykom udało się lepiej przekazać słuchaczom główną ideę wydawnictwa - It’s me against myself this time. Tak. Tym razem mój największy wróg to ja sam, przez prawie 40 minut coldrain udowadnia fanom i trzeba przyznać, że robi to bardzo przekonywująco. Nastoletni bunt pierwszego albumu ustąpił miejsca bardziej dojrzałym przemyśleniom, że nie warto winić całego świata, a czasami dobrze jest wejrzeć w siebie.

Trudno powiedzieć, czy jakieś utwory tutaj są bezsprzecznymi hitami. Można znaleźć takie, które wpadają w ucho od pierwszych sekund, jak na przykład To Be Alive, Adrenaline czy Hollow, podczas gdy inne są mniej żywe i nie przyciągają od razu. Nie są gorszej jakości, ale trochę tracą z powodu pewnej monotonii, co można przypisać niedoskonałości muzyki. Nie można jednak powiedzieć tego o tekstach: wokalista Masato bardzo poważnie podchodzi do ich pisania, wobec czego każda piosenka jest małą opowieścią lub monologiem-medytacją.

Prawie cały album składa się z szybkich kompozycji o średniej “ciężkości”, ciążących ku amerykańskiej alternatywie, w których idealnie zrównoważone zostały krzyki i czysty wokal. Wyróżnia się tutaj Confession o bardziej zrelaksowanej melodii niż pozostałe utwory, przez co zasługuje na miano ballady.

Choć w Japonii coldrain nie należy do muzycznego mainstreamu, na drugim albumie po raz kolejny udało mu się usatysfakcjonować nie tylko azjatyckich wielbicieli zachodniej muzyki, ale także zagranicznych fanów dobrego alternatywnego brzmienia.
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • SYNC NETWORK JAPAN
  • Chaotic Harmony
  • euroWH