coldrain - Final Destination

recenzja - 08.10.2018 02:19

Alternatywny metal w amerykańskim sosie.

Rok 2009 kilka niespodzianek skrył wśród „nowicjuszy”, a coldrain z pewnością był jedną z nich. Kwintet odniósł wielki sukces po licznych występach w 2007 roku. W ten sposób, na koncertach, udało mu się sprzedać 200 kopii pierwszej demówki, co było wyczynem godnym grupy indiesowej z kontraktem. Dopełniło się to jakiś czas później, w postaci umowy z GIL SOUNDWORKS, co pozwoliło nam w październiku 2009 roku posłuchać pierwszego albumu zespołu, Final Destination, zawierającego 12 utworów.

Aby zrozumieć ten sukces, trzeba tylko odrobinę posłuchać. coldrain to zespół ewoluujący w stronę alternatywnego/emo rocka w amerykańskim stylu. Termin „amerykański” nabiera sensu, gdy weźmie się pod uwagę teksty grupy, napisane i zaśpiewane w perfekcyjnym angielskim. To nie powinno jednak zaskakiwać, gdyż Masato (wokalista) ma mieszane pochodzenie, japońsko-amerykańskie. Japończycy lubią amerykańskie brzmienia, o czym świadczy popularność takich zespołów jak My Chemical Romance czy Dead by Sunrise, i wydaje się, że tym razem tamtejsza publiczność znalazła godnego krajowego przedstawiciela. Wprawdzie były już kilka mało znanych grup tego typu, jak Embark, ale pozostały daleko w tyle za swoimi amerykańskimi odpowiednikami. Tego nie można jednak powiedzieć o tym nowym zespole, który bierze wszystkie dobre składniki tego muzycznego stylu: czysty sposób śpiewu, czasami przypominający głos Gerarda Waya (My Chemical Romance) z czasów debiutu, wspierany okazjonalnie chórkami oraz krzykami (w wykonaniu na przemian przez wokalistę i basistę), dosyć punkrockowe bębny i melodyjne, lecz stosunkowo ciężkie partie gitar.

Utwór tytułowy natychmiast wprawia nas we właściwy nastrój, doprowadzając wszystkie te elementy do perfekcji. Piosenka zaczyna się rytmem zagranym przez szybki werbel, do którego dołącza potem ciężka gitara rytmiczna, a zaraz po niej bas. Gitara prowadząca dostarcza chwytliwe nuty i to również jest charakterystyczne dla tej formacji - melodyjne tony pod ciężką gitarą rytmiczną - co dowodzi pewnych umiejętności technicznych. Ta cecha zespołu tworzy wyjątkową komplementarność pomiędzy dwoma gitarzystami. Już od pierwszego kawałka jasne jest więc, z kim ma się do czynienia. Reszta albumu także warta jest swojej wagi w złocie; z Counterfeits & Lies zaczynającej się gitarą jak z FCPremix The Fall of Troy i podwójną solówką, Someday pachnący alternatywnym metalem, czy 24-7, mający coś z Nagoya Kei (tak, członkowie grupy pochodzą z Nagoi, co stanowi kolejny dowód, że to miasto jest domem niesamowitego metalu). Należy zwrócić także uwagę na balladę Déjà vu, dobrze prezentującą doskonały głos Masato, i Survive, zawierającą solówkę na akustycznej gitarze, którą mogłyby zagrać zespoły takie jak DEPAPEPE.

Podsumowując, ten album to trochę długo wyczekiwany Święty Graal japońskiej sceny emo/alternatywa. Słychać na nim wyraźnie, że coldrain miało wszystkie narzędzia, by zaistnieć na długo i może, czemu nie, spróbować swoich sił na zagranicznym rynku. Jeżeli więc szukasz dobrego brzmienia, niezależnie, czy jest po japońsku, czy nie, ten zespół będzie prawdopodobnie dobrym wyborem.
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • SYNC NETWORK JAPAN
  • euroWH
  • Chaotic Harmony