the GazettE - NINTH

recenzja - 24.09.2018 02:39

Tym albumem the Gazette w żadnym wypadku nie zrobiło rewolucji czy nawet kroku do przodu.

Skłamał bym okrutnie pisząc „nie wiedziałem, czego spodziewać się po nowym albumie the GazettE”. Nie zostałem zaskoczony w żaden sposób, nie opadła mi szczęka, nie stanę się fanem zespołu za sprawą jego najnowszego wydawnictwa. Niemniej jednak przyznam, że materiał miejscami jest naprawdę dobry. Po kolei jednak.

Po krótkim romansie z ciemniejszą stroną metalu w postaci Dogma, formacja wraca do estetyki znanej z poprzednich dokonań, z tą jednak różnicą, że obecnie wszystko zdaje się być bardziej upstrzone elektroniką. Są tu jacyś fani Tokio Hotel? Jeśli się znajdą, to z pewnością ich uwadze nie uszło podobieństwo stylistyczne okładki Ninth do albumu King of Suburbia rzeczonej grupy z Niemiec. the GazettE nie zrezygnowało jednak z gitar, a zmiana stylu nie jest tak drastyczna. Można właściwie mówić o subtelnym tuningu.

Jak to wszystko brzmi w praniu? Różnie. Wstęp do omawianego albumu to odrażająca kakofonia kalecząca uszy, po której tak naprawdę człowiek zastanawia się, czy chce kontynuować. Po nim wchodzi numer promujący album – Falling.

Chłopaki dokonali selekcji utworu pod teledysk z precyzją zawodowego snajpera i po karkołomnych zapewne obradach wybrali najbardziej tendencyjny, odtwórczy i jednocześnie nudny numer, jaki na Ninth się znajduje. Falling to absolutna wizytówka singlowców the GazettE i nic więcej już dodawać nie trzeba. Ciężkie gitary, trochę krzyku i eleganckie wejście w refren na melodyjnym wokalu.

Dalej na szczęście jest już dużo lepiej. Ninth Odd Smell wita słuchacza pięknym i mocnym riffem oraz biegnącą na złamanie karku perkusją. Wokal zaś nabiera zupełnie nowych kolorytów i tak potrzebnego echa stylu Nil, łącznie z melodyjnym po raz wtóry refrenem. Od tego momentu płyta robi się ciekawsza. Z czasem zresztą słuchacz uświadamia sobie, że cała elektronika zaczyna uderzać w odcienie pomiędzy brudnym ambientem a industrialem, co powoduje przyjemne wrażenie ubrudzenia całości dźwięku.

Kolejny ciekawy przystanek czeka nas przy kawałku The Mortal za sprawą wyrazistego basu, któremu wtóruje zgrabny bit i delikatny wokal poprowadzony jakby z oddalonej sceny. W końcu wchodzą też ciężkie gitary uderzające metalcore'em, jednak w żadnym wypadku nie zabijają stosunkowo posępnego nastroju. Następnym ciekawym kawałkiem jest Utsu semi, ozdobiony syntezatorem, jakby żywcem wyjętym z lat 80. Takich momentów jest zresztą więcej i chwilami można odnieść wrażenie, że Ninth jest fuzją miłości do retropochodnej elektroniki i tego, co formacja robiła przed Dogma.

Babylon’s Taboo to następny przykład na to, że zespół potrafi i nie musi zalewać słuchacza typowo singlową uryną. Zacznijmy od tego, iż mało która formacja obecnie potrafi solidnie wykorzystać przestrzeń dźwięku stereo, a tymczasem the GazettE nagrywa numer powoli sunący do przodu, z silną linią basową i mocarnymi bębnami, gdzie przestrzeń między lewą i prawą stroną sceny Ruki wypełnia zmodyfikowanymi wokalami. Brzmi to nad wyraz przyjemnie i intrygująco, niestety, w świetle reszty materiału stanowczo za krótko.

Podsumowując cały album, the GazettE w żadnym wypadku nie zrobiło rewolucji czy nawet kroku do przodu. Jest to zespół który w dalszym ciągu gra to, co sprzedaje się najlepiej (obecnie stylistyka pseudo-retro, taka koniunktura) i czego tak naprawdę pragną fani. Ninth to taka podkolorowana brudem wycieczka właśnie w tę stronę z małymi wyjątkami, zwłaszcza w postaci Babylon’s Taboo i The Mortal. Można wręcz odnieść wrażenie, że to w tych właśnie numerach formacja czuje się najlepiej, bo nie musi powielać patentów. Nie sposób nie zauważyć w końcu dobrze dopasowanych wokali i delikatnego powrotu Rukiego do czasów zamierzchłych.
Odrobinę brakuje mi na tym albumie przestrzeni dla poszczególnych muzyków, którą zabiera im skutecznie elektronika, ale taki to już styl zespołu. Gdzieniegdzie słuchacz dostanie fajne solo, a znowu innym razem jest ono dziwnie niewyraźne, jak w Falling.

Końcowy werdykt wystawiam następujący: Ninth to materiał dla fanów tego zespołu i nijak nie rozpali serc poszukiwaczy dźwiękowej inwencji. Zespół z uporem odbija kolejne kawałki od stempla, ale uchodzi mu to na sucho dzięki subtelnej zmianie koloryzacji. Po materiał raczej więcej sięgał nie będę, ale mimo wszystko warto sprawdzić dla tych kilku perełek.
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • Chaotic Harmony
  • SYNC NETWORK JAPAN
  • euroWH