GACKT i YELLOW FRIED CHICKENz w warszawskiej Stodole

relacja - 30.08.2011 02:05

6 sierpnia 2011 roku spełniło się marzenie wielu polskich fanów japońskiej muzyki.

Około 17:00 przed klubem było jeszcze stosunkowo niewiele osób, ale wraz z upływem czasu kolorowy tłumek gęstniał. Podekscytowani fani stali lub siedzieli grupkami na trawie, rozmawiając oraz zawierając nowe znajomości. Humorów nie zważył nawet ulewny deszcz, a rozlegające się co jakiś czas pioruny były nawet witane wesołymi okrzykami. Przestało padać, gdy tylko otwarto drzwi Stodoły. Wpuszczanie przebiegło zadziwiająco spokojnie i, po dosyć drobiazgowej kontroli przeprowadzonej przez ochroniarzy, najgorliwsi fani mogli już zająć miejsca pod sceną i oddać się oczekiwaniu na swoich idoli.

Po wejściu na salę od razu wzrok przyciągał umiejscowiony z tyłu sceny, czerwony świecący napis "YELLOW FRIED CHICKENz” oraz umieszczony z przodu dosyć długi podest, obiecujący tylnym rzędom dobrą widoczność. Kilka minut przed 20:00 Stodoła była dopiero do połowy zapełniona, a publiczność całkiem spokojnie spędzała czas, głównie na wesołych rozmowach, chociaż w powietrzu dało się wyczuć nieco napięcia. W pewnym momencie z głośników rozległ się męski głos mówiący po angielsku, że to ogłoszenie od YFC. Fani usłyszeli w nim szereg wskazówek, jak się mają zachowywać oraz czego nie robić, a każdą z nich mieli potwierdzać okrzykiem "ossu!”. Publiczność dowiedziała się między innymi, że jak ktoś będzie robić zdjęcia, to zostanie wykopany z sali, że nie można palić w środku – "najlepiej w ogóle rzućcie to pieprzone palenie!" – nie można narzekać ani wychodzić z sali, a jak ktoś będzie w potrzebie, to niech po prostu popełni harakiri. Tłum, śmiejąc się, reagował na o wszystko zgodnie z poleceniem, a potem po raz pierwszy tego wieczoru zaczął skandować "YFC!”.

Po kolejnym krótkim MC – "Co wy jeszcze robicie w tym cholernym lobby? Zaczynamy za pięć minut!" – sala pociemniała, a scenę zalało niebieskie światło. Z towarzyszeniem nastrojowej muzyki, przed oczami rozentuzjazmowanego, krzyczącego i klaszczącego tłumu po kolei zaczęli pojawiać się muzycy, wszyscy ubrani w charakterystyczne "mundurki”: perkusista Shinya, basista U:zo, gitarzyści Takumi, You i Chachamaru (zwracający uwagę zaczesanymi do góry włosami) oraz wokaliści Jon (ciepło przyjęty przez publiczność, mimo że nie był Japończykiem) i – oczywiście jako ostatni – GACKT. Zespół ustawił się plecami do tłumu, przygotowując do zagrania pierwszego kawałka, którym okazał się nowy THE END OF THE DAY - utwór tytułowy z pierwszego singla, jaki ukaże się pod szyldem YFC (data premiery to 12 września). Obaj wokaliści od razu weszli na podest, z którego przez następne dwie godziny rzadko schodzili.

Już od pierwszych dźwięków i od pierwszych ruchów muzyków było jasne, że oto jesteśmy świadkami starannie wyreżyserowanego widowiska, a każdy z występujących w nim "aktorów” zna dokładnie swoje miejsce. GACKT oraz Jon zwracali uwagę niemal doskonałą w pewnych momentach synchronizacją, a ich ruchy wydawały się czasami aż nazbyt teatralne, np. wtedy, gdy po Mousou-GIRL zrywali z siebie koszule, aż guziki latały w powietrzu. Mimo ciekawej w pewnych momentach choreografii - szczególnie, gdy zaangażowani w nią byli wszyscy mobilni członkowie zespołu i na przykład jednocześnie machali włosami, ustawieni w trójkąt, którego szczyt stanowili GACKT oraz Jon, albo podczas JUSTIFIED, gdy zebrali się wokół Shinyi – odnosiłam wrażenie, że na scenie brakuje czasami trochę luzu. Gitarzyści z rzadka tylko zamieniali się miejscami, a stojący z tyłu Takumi oraz U:zo tylko kilka razy wychodzili na przód sceny. Nieco swobody wprowadzał wprost promieniejący tego wieczoru radością oraz urokiem osobistym Chachamaru, który zaburzał symetrię, stawiając od czasu do czasu nogę na podeście lub wesoło machając rękami.

Początkowo publiczność nie wydawała się zbyt dobrze bawić – a przynajmniej nie tak, jak przyzwyczailiśmy się to oglądać na innych jrockowych koncertach. Co prawda ruszała się do rytmu i krzyczała w odpowiednich momentach, ale brakowało jej jakby trochę entuzjazmu. Być może winę za to ponosiło nieco kiepskie nagłośnienie, utrudniające rozpoznanie wykonywanych piosenek, które po jakimś czasie na szczęście się poprawiło. Wystarczyło jednak poczekać tylko na najnowszy singiel GACKTa, Episode.0, by przekonać się, że polscy fani – zachęceni w odpowiedni sposób – nadal potrafią pokazać swojego prawdziwego ducha. Publiczność już przy pierwszych dźwiękach się ożywiła, szalejąc i skacząc przez cały czas trwania kawałka oraz śpiewając niektóre partie. Podobnie został przywitany JESUS – nikt nie potrafił ustać spokojnie, a przestrzeń tuż pod sceną przypominała morze falujących głów. Atmosfera była gorąca, toteż publiczność z wdzięcznością witała wylewaną na nią przez muzyków wodę oraz rzucane ze sceny butelki (dzięki temu koncert zyskał kolejny komiczny akcent, kiedy po zakończeniu utworu jeden z roadie biegał po scenie ze ścierką, wycierając rozlaną wodę).

Punkt kulminacyjny całego wieczoru stanowiła wyczekiwana przez wszystkich Vanilla. Żywe rytmy tego kawałka od razu poderwały wszystkich do tańca. Publiczność ani na chwilę nie przestawała się ruszać, śpiewając razem z wokalistami. Muzycy zachęcali tłum do jeszcze większego wysiłku, już na początku utworu rzucając ze sceny krawaty, które fani rwali na kawałki zębami. GACKT i Jon prezentowali dopasowaną do tekstu choreografię, wykonując sugestywne ruchy. Pod koniec piosenki cała szóstka muzyków stanęła w rządku na podium, bokiem do publiczności, kołysząc się do rytmu, co wzbudziło aplauz ze strony tłumu. W podziękowaniu, GACKT dostał od jednego z fanów gumowego kurczaka, stanowiącego dowcipne nawiązanie do nazwy zespołu, którego - po chwili bawienia się nim - odrzucił. Innym ciekawym prezentem był rzucony przez kogoś stanik, który muzyk postanowił sobie zachować.

Niestety, całe zbudowane podczas tych hitów napięcie spadało w trakcie następujących po nich długich przerw, kiedy to muzycy po prostu zachęcali publiczność do krzyku, a sami przechadzali się po scenie, przyglądając fanom. Koncert po prostu tracił dynamikę – jak dalece, może świadczyć o tym fakt, że część osób wychodziła w tym czasie na papierosa. Ponadto, jak na dwie godziny, trzynaście piosenek to trochę mało.

Mimo to sam zespół spisywał się całkiem nieźle. Głosy GACKTa i Jona dosyć dobrze – oczywiście na tyle, na ile dało się usłyszeć – ze sobą współgrały. Obaj wokaliści czasami dzielili się fragmentami utworów, innym razem śpiewali w duecie, nie zapominając o obowiązkowych chyba podczas występów YFC fanservice’ach. Szczególne wrażenie zrobiły partie wokalne w angielskiej (niestety) wersji Mind Forest. Głos GACKTa przepełniały emocje, a wymowę kawałka podkreślały jeszcze odpowiednio dobrane światła – zielone podczas spokojniejszych, a czerwone podczas żywszych fragmentów. U:zo także zwrócił na siebie większą uwagę tłumu basową solówką podczas Speed Master, a Shinya ani na chwilę nie przestawał dawać czadu za perkusją: obaj zapewniali piosenkom odpowiednią energię. Niestety – pewnie ze względu na problemy z nagłośnieniem - gitary gdzieś w tym wszystkim ginęły.

Koncertowe niedociągnięcia nadrabiał też w pewien sposób kontakt zespołu z fanami. Prawdziwym królem wieczoru był tu Chachamaru, który nieustannie starał się podtrzymywać kontakt z tłumem: rozsyłał dookoła uśmiechy, już od drugiego kawałka nie przestawał zachęcać zebranych do zabawy, machał do nich czy puszczał oczko. Podczas nawiązującej do projektu charytatywnego GACKTa ALL MY LOVE gitarzysta, podobnie jak fani reagując na słowa "show your heart", złożył dłonie w kształt serca, co wywołało zrozumiały entuzjazm publiczności. Zapadł w pamięć także Shinya, który – gdy wszyscy koledzy z zespołu opuścili już scenę – stanął na podium, owinięty w podniesioną z ziemi polską flagę i jak magik wyciągał zza pleców kolejne pałeczki, rzucając je w różne punkty sali. GACKT natomiast często mówił coś do publiczności, szczególnie pod sam koniec, pytając fanów, czy rzeczywiście go kochają, czy naprawdę chcą, by tu jeszcze wrócił oraz zapewniając, że nigdy nie zapomni tej nocy i nigdy nie zapomni Polski: "Zawsze będziemy z wami, moi polscy bracia i siostry”.

Jak natomiast sami muzycy oceniają sobotni koncert? Mimo tego, że publiczność nie znała tekstu zagranego na bis UNCONTROL, byli pod jej wielkim wrażeniem. Dziękowali polskim fanom za wspólną zabawę i narzekali, że są wykończeni. GACKT napisał nawet na Twitterze, że koncert w Polsce był najlepszy jak dotychczas z tej trasy i że czuł się bardzo wzruszony, gdy tłum krzyczał pod koniec: "Arigatou”.

Występ GACKTa i jego zespołu przypominał bardziej starannie wyreżyserowane, nieledwie podzielone na akty widowisko niż koncerty, do jakich jestem przyzwyczajona. Ale ta supergwiazda, sądząc po pokoncertowych reakcjach, z pewnością spełniła oczekiwania większości swoich fanów, grając kilka ich ulubionych utworów i obiecując powrót. Toteż polscy fani GACKTa z pewnością będą niecierpliwie wyczekiwać kolejnej wizyty. Może tym razem przyjedzie jako solowy artysta...


Setlista:

01. THE END OF THE DAY
02. NINE SPIRAL
03. Speed Master
04. LAST KISS
05. Episode.0
06. MIND FOREST ENGLISH ver.
07. Mousou-GIRL
08. Vanilla
09. JUSTIFIED
10. JESUS
11. YOU ARE THE REASON
12. ALL MY LOVE

Encore:
13. UNCONTROL (YFC version)


Opóźnienie w publikacji relacji z polskiego koncertu YELLOW FRIED CHICKENz zostało spowodowane oczekiwaniem na zgodę managementu zespołu na zamieszczenie w niej zdjęć z tego wydarzenia. Jako że nie otrzymaliśmy jeszcze pozwolenia, zdecydowaliśmy się zamieścić sam tekst.
powiązani artyści
powiązane koncerty i wydarzenia
GACKT 06/08

GACKT
Warsaw - Poland
Stodoła
komentarze
blog comments powered by Disqus
reklamy
  • Chaotic Harmony
  • euroWH