j-rentgen #17

plik - 04.01.2013 10:40

Ekipa JaME dzieli się swoimi przemyśleniami o minionym 2012 roku.

Rok 2012 się skończył, więc ekipa JaME Polska postanowiła podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami na temat najważniejszych - ich zdaniem - wydarzeń, ciekawych wydawnictw i osobistych muzycznych odkryć.

Zapraszamy do tego, by w komentarzach dzielić się własnymi opiniami na temat najlepszych wydarzeń, płyt, debiutów minionego roku oraz opowiedzenia o tym, kto lub co Was najbardziej ucieszyło, zasmuciło lub zaskoczyło.

* * *


Nie słucham wyłącznie japońskiej muzyki, bardzo lubię też zachodnią rockową klasykę. Tak się jednak złożyło, że w ścisłej czołówce - jeżeli nie na samym szczycie listy - moich ulubionych zespołów znalazł się BUCK-TICK, mający na swoim koncie naprawdę sporo osiągnięć, a na początku kariery uważany wręcz za swego rodzaju fenomen. A że w 2012 roku świętował on dwudziestopięciolecie debiutu major, nie okaże się niespodzianką, gdy powiem, że te dwanaście miesięcy minęło mi pod znakiem tej właśnie grupy.

Pierwsze informacje o planowanych obchodach pojawiły się już we wrześniu 2011 roku i zdecydowanie było na co czekać. Zapowiedziano nie tylko liczne wydawnictwa, w tym drugi album z coverami (który niespecjalnie przypadł mi do gustu, podobnie jak poprzedni - cóż, dla mnie wersje BT są najlepsze i ciężko innym zespołom wykonującym piosenki tej grupy z nimi konkurować), albumy z największymi przebojami z czasów współpracy zespołu z Victor Entertainment i Ariolą Japan, których tracklisty układali fani w specjalnym głosowaniu, czy wznowienia starszych koncertów z początków kariery. Zespół sporo również występował, w tym zagrał krótką trasę z kilkoma grupami biorącymi udział w tworzeniu tribute albumu, czego kulminację stanowił świetny dwudniowy festiwal BUCK-TICK ON PARADE. Niestety, nie doczekaliśmy się żadnych koncertów za granicą, ale że BUCK-TICK jest w formie, o czym mogą świadczyć jego nowy album i single, oraz nie zamierza kończyć działalności, nadzieja na to nadal istnieje.

O ile po BUCK-TICKu to mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać, choć i tak - muszę przyznać - kilkakrotnie mnie zaskoczył, o tyle prawdziwą niespodzianką okazała się dla mnie solowa twórczość Satsukiego, byłego wokalisty RENTRER EN SOI. Ostatnie wydawnictwa wspomnianej grupy uważam za bardzo dobre, ale pierwsze kompletnie mi się nie podobają, toteż gdy muzyk po rozpadzie RES zapowiadał, że zamierza odejść od ciężkiego grania i śpiewać po prostu "ładnie", nie miałam nawet ochoty zabierać się za słuchanie jego solowych wydawnictw. Tymczasem, gdy pojechałam na jego koncert do Poznania, naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył, mogę zaliczyć ten występ do jednych z lepszych, na których byłam. W związku z tym dałam szansę jego twórczości i teraz mogę stwierdzić z całym przekonaniem, że z niecierpliwością czekam na zapowiadany na początek stycznia album oraz - kto wie? - kolejną wizytę w Polsce.

Prawdziwy świąteczny prezent stanowi również najnowszy singiel LUNA SEA z 12 grudnia, The End of the Dream / Rouge, podobnie zresztą jak i marcowy THE ONE -crash to create-. I to nie dlatego, że są to naprawdę znakomite wydawnictwa - a raczej dlatego, że są to naprawdę znakomite wydawnictwa, zawierające pierwsze oryginalne utwory tej grupy od ponad dziesięciu lat. Dla mnie to wspaniałe, że ta japońska muzyczna legenda potrafiła po takim czasie nagrać tak świetny materiał, nie odcinając się jednocześnie od własnych korzeni. Słychać tu wyraźnie, że doświadczenie muzyków zebrane podczas solowych karier procentuje.

Z nowych zespołów nic nie zapadło mi szczególnie w pamięć, natomiast moje tegoroczne odkrycie stanowi kapela THE BOOM, wykorzystująca w swojej twórczości tradycyjne japońskie instrumenty. Grupa ta powstała w 1986 roku i działa do dzisiaj, ma na swoim koncie nawet występy poza Japonią. Punkt zwrotny w jej karierze stanowiło wydanie w 1992 roku singla z piosenką Shima uta, niezwykle popularną do dzisiaj - stworzenia jej coveru podjęło się aż pięćdziesięciu siedmiu innych artystów. Od niej też polecam rozpocząć zapoznawanie się z twórczością THE BOOM.

~neejee

* * *


Mój 2012 rok był przede wszystkim czasem świętowania okrągłych rocznic zespołów, które lubię. Najważniejsze było dla mnie dziesięciolecie the GazettE, przypieczętowane wydaniem albumu DIVISION, który dla mnie jest jednym z najlepszych albumów roku. Podobnie, dziesiątą rocznicę rozpoczęcia kariery solowej obchodził MIYAVI, którego działalność, styl bycia oraz twórczość jest dla mnie bardzo inspirująca. Muzyk także wydał w tym roku niezwykle ciekawy album, który nagrywał we współpracy ze znanymi muzykami, będącymi przedstawicielami różnorakich stylów - SAMURAI SESSIONS vol 1.

Dziesięć lat działa na scenie Moi Dix Mois, piętnaście lat występuje już MUCC (któremu także udało się w tym roku wydać wyjątkowo udany album - Shangri-la). Na 2012 rok przypadło też dwudziestopięciolecie BUCK-TICKa, o którym pisała moja poprzedniczka. Miło było przeżywać te rocznice, szczególnie że z większością tych zespołów czuję się bardzo zżyta i obserwuję ich karierę od dawna. Widzę, jak spełniają swoje marzenia, rozwijają się i dojrzewają muzycznie.

Jeśli chodzi o wydawnictwa, które w tym roku mi się spodobały, to oprócz wymienionych, był to także najnowszy singiel DIR EN GREYa, RINKAKU. Stanowił on sprawdzian dla wokalisty Kyo, który przed jego nagraniem przeszedł operację oraz rehabilitację. Trzeba przyznać, że sprawdził się świetnie i warto było czekać na to wydawnictwo.

Na koniec pragnę podzielić się swoim tegorocznym muzycznym odkryciem. W tym roku poznałam twórczość Yutaki Ozakiego. W 2012 roku minęło dwadzieścia lat od jego śmierci, ale jego muzyka w ogóle się nie zdezaktualizowała. W Japonii wciąż jest uwielbiany - nie bez powodu zresztą. Jego rock’n’rollowe piosenki są szczere i trafiają do mnie lepiej niż wiele współczesnych utworów. Polecam każdemu!

~Gin

* * *


Jeszcze rok temu moja lista japońskich zespołów i artystów składała się z około trzydziestu pozycji. Znajdowały się na niej takie starsze formacje i tacy artyści jak Yoshiki Fukuyama, Noriyuki Makihara, X-JAPAN czy LUNA SEA, Yutaka Ozaki - który mimo wszystko zaginął gdzieś w czeluściach mojego odtwarzacza i dopiero ostatnio został ponownie wyciągnięty na powierzchnię - gitarowi czarodzieje Kotaro Oshio i MIYAVI, tradycyjne interpretacje Rin' i Yoshida Brothers, alternatywny rock RADWIMPS czy elektroniczne takty Supercar i hiphopowo-rockowa mieszanka BACK-ON, a czasem popowe kawałki moumoon, Arashi, KAT-TUN i wielu innych artystów, których pojedyncze utwory znalazły się w tym bałaganie. To mi wystarczało i nie szukałam niczego więcej, może z lenistwa, może z braku potrzeby odkrywania innych nurtów muzyki. Jednak 2012 rok zmienił moje nastawienie diametralnie i obecnie lista ”ulubionych” sięga setki wykonawców, więc rok ten minął mi pod znakiem odkryć i przebijania skorupy, w jakiej tkwiłam.

Gdyby w grudniu zeszłego roku ktoś zapytał mnie, co sądzę o visual kei, odparłabym, że nie interesuje mnie i tu ucięłabym dyskusję. Znałam bowiem kilku przedstawicieli tego nurtu muzycznego i nie interesował mnie specjalnie. Do czasu. Zaczęło się od małych rzeczy, jak choćby koncert PLUNKLOCKa czy znalezione gdzieś linki do grup typu visual. Prawdziwy przełom nastąpił jednak po koncercie D w Krakowie, na który pojechałam wraz z przedstawicielami redakcji JaME. Grupa zrobiła na mnie niesamowite wrażenie energią i siłą przekazu, a także skłoniła do dalszego odkrywania tego nurtu.

Do największych osobistych odkryć tego roku muszę jednak zaliczyć the GazettE. Początkowo najbardziej zniechęcał mnie wizerunek basisty - który uważałam za wymuszony i wręcz komiczny - a także samego zespołu, na tamtym etapie nie interesowała mnie jego twórczość i nie bardzo chciałam mieć do czynienia z fandomem. Moje nastawienie zmieniło się w okolicach czerwca, kiedy byłam z umiarem, ale systematycznie bombardowana zdjęciami, linkami, teledyskami... aż w końcu moja ciekawość osiągnęła szczyt. Poddałam się. Pierwszym albumem, jaki przesłuchałam z polecenia koleżanki, był NIL. Wcisnął mnie w fotel swoją dokładnością i dbałością o szczegóły oraz utworami doprowadzonymi do perfekcji. Słuchałam jej ze szczęką na klawiaturze i nie mogłam uwierzyć w swoją ignorancję. Potem poszło jak z płatka, dodawałam do playlisty koleje płyty i wersje audio koncertów, ale przysłowiowy gwóźdź do trumny przybiło obejrzenie koncertu. Ci muzycy są stworzeni do grania na scenie i żadna płyta studyjna nie oddaje tej energii, którą dysponują, wykonując swoje utwory na żywo. Nie wiem, co bardziej miażdży widza: perfekcyjna aranżacja kompozycji, brzmienie solówek Aoiego i Uruhy czy pełne dramatyzmu gesty Rukiego, ale zostałam wgnieciona w podłogę i jak nigdy poczułam, co znaczy ”nie usłyszeć, a osądzać”. Kupuję to i już czekam na następne wydawnictwa tej niesamowitej formacji.

Dzięki sporej ilości koncertów w Polsce miałam szansę poznać wiele zespołów, na które w innych okolicznościach prawdopodobnie nie zwróciłabym większej uwagi, jak na przykład wspomniany PLUNKLOCK, który dał niezapomniany koncert w warszawskiej Progresji, czy D, ale też A(ACE), którego właściwie nie znałam. Miałam też okazję zobaczyć na żywo niesamowity występ LM.C, na którym bawiłam się jak nigdy, a także poskakać przy dźwiękach wesołego oshare zaserwowanego przez An Cafe. Nie wszystkie koncerty były jednak udane. Największą klapą roku był ostatni koncert BLOOD,który miał miejsce w niefortunnym okresie wielkanocnym. Nie dość, że publiczność wyjątkowo nie dopisała, to jeszcze sam występ trwał może 45 minut i był bardzo chaotyczny. Jeśli chodzi o koncert Anli Pollicino, to niestety Shindy nie był wokalnie w najlepszej formie, miejscami zdarzało mu się nie trafiać w odpowiednią nutę. Jednak wspaniały kontakt z publicznością, ciepłe uśmiechy, a także przyjacielskie nastawienie zespołu do słuchaczy rekompensowały te okazjonalne wpadki i stwarzały okazję do wyjątkowo dobrej zabawy.

Na końcówkę roku przypadły również premiery dwóch bardzo wyczekiwanych przeze mnie albumów i nie zawiodłam się. Pierwszy to nowy album MIYAVIego, który został stworzony we współpracy z innymi muzykami i wyszedł mu wręcz perfekcyjnie, idealnie łącząc jego unikalny styl z twórczością innych artystów. Drugim, nie mniej ważnym, był Shangri-la MUCCa i również w tym wypadku zespół sprostał moim oczekiwaniom, a nawet otrzymałam coś więcej: pięknie ułożoną mozaikę ze starego i nowego brzmienia, w której od razu się zakochałam.

Jeśli rok 2012 był tak owocny, to już nie mogę się doczekać nadchodzącego. Mam nadzieję, że przyniesie kolejne zaskoczenia, a lista niesamowitych odkryć będzie rosła.

~darya

* * *


Ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że słucham za dużej ilości zespołów, gdyż niemożliwe jest być z nimi wszystkimi na bieżąco. Za każdym razem, gdy któryś z nich wydaje coś nowego, uświadamiam sobie, że nie posłuchałam jeszcze z pięciu poprzednich wydawnictw. W związku z tym większość czasu zajmuje mi nadrabianie zaległości. Dlatego też ciężko uznać mnie za osobę, która trzyma rękę na muzycznym pulsie, ale w 2012 roku dwie rzeczy zwróciły moją uwagę.

Pierwszą z nich była zapowiedź zakończenia działalności przez 9GOATS BLACK OUT. Gdy zespół mniej więcej pięć lat temu pojawił się na scenie muzycznej, wniósł na nią nową jakość. Dlatego teraz ogrania mnie smutek, że CALLING jest ostatnią pozycją w jego dyskografii. Nie będzie więcej tej wyjątkowej, eleganckiej muzyki z nieziemskim śpiewem ryo ani równie pięknych okładek. Spotkałam się z opinią, że może powodem rozpadu grupy jest wyczerpanie się jej idei/formuły i potem muzycy stworzą coś nowego. Mam nadzieję, że okaże to się prawdą. W każdym razie, wielka szkoda.

Drugą sprawą było piętnastolecie MUCCa. Gdy co roku kończy działalność wiele zespołów, miło jest mieć też przykład, że można grać już tyle lat i nie wykazywać żadnych oznak zmęczenia materiału. Muzyka MUCCa nie od razu przypadła mi do gustu, ale ostatecznie przekonały mnie wspaniały głos wokalisty i interesujące melodie. Może się to podobać lub nie (choć, jak dotąd, lubię wszystko), ale na pewno nie jest nudno. Zresztą samo świętowanie tych urodzin było imponujące: okolicznościowa trasa i koncert streszczający piętnaście lat kariery oraz masa nowych wydawnictw, w tym, z czego najbardziej się ucieszyłam, wznowienie pierwszych albumów.

~jawachu
powiązane wydawnictwa
powiązani artyści
powiązane koncerty i wydarzenia
MUCC 22/09

acid android   BREAKERZ   BUCK-TICK   cali≠gari   MERRY   MUCC  
Chiba - Japan
Chiba Port Park
POLYSICS 23/09

AA=   BUCK-TICK   D'ERLANGER   Pay money To my Pain   POLYSICS  
Chiba - Japan
Chiba Port Park
Kaya 02/03

Kaya
Poznan - Poland
Blue Note Jazz Club
BLOOD 07/04

BLOOD
Warsaw - Poland
Progresja
Anli Pollicino 29/06

Anli Pollicino
Warszawa - Poland
Progresja
PLUNKLOCK 29/02

PLUNKLOCK
Warsaw - Poland
Progresja
LM.C 16/05

LM.C
Warszawa - Poland
PROXIMA
D 21/04

D
Kraków - Poland
Rotunda
A 11/07

A
Warszawa - Poland
Progresja
An Cafe 13/11

An Cafe
Krakow - Poland
Klub STUDIO
MUCC 09/06

MUCC
Chiba - Japan
Makuhari Messe
9GOATS BLACK OUT 09/02

9GOATS BLACK OUT
Tokyo - Japan
Akasaka BLITZ
komentarze
blog comments powered by Disqus
powiązane wątki

j-rentgen

reklamy